Teresa Wilczyk-Surmacz
WIERSZE
|
|
Teresa Wilczyk-Surmacz urodziła się w Dębnie Lubuskim. Jest pracownikiem Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Gorzowie Wlkp.
Autorka tomiku poetyckiego "Powroty" wydanego przez Bibliotekę Literacką Gorzowskiego Towarzystwa Kultury w 1985r. Jej wiersze zawarte są w Poznańskiej antologii młodej poezji lubuskiej "Moment wejścia" przygotowanej przez A.K. Waśkiewicza, gorzowskim almanachu poetyckim "Nauka tańca", antologii "Przegląd twórczości członków gorzowskiego ośrodka KKMP".
Debiutowała jako poetka na łamach młodzieżowego "Na przełaj" w 1973r.
Publikowała m.in. w "Ziemi Gorzowskiej", "Radarze", "Gazecie Poznańskiej", "Dodatku Literackim","Pegazie Lubuskim". Jej wiersze były wykorzystywane w audycjach radiowych (np. w rozgłośni wrocławskiej).
Jest laureatką ogólnopolskich konkursów literackich:
Pieńskiej Jesieni Poetyckiej
XXII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego o Nagrodę "Milowego Słupa" w Koninie , 2002r. - wyróżnienie
XXIII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego o Nagrodę "Milowego Słupa" w Koninie, 2003r. - w kategorii wiersze zauważone - umieszczenie w okolicznościowym
tomiku,
VI Międzynarodowym Konkursie Poetyckim "O złote cygaro Wilhelma" w Czerwionce-Leszczynach w 2002r. - pierwsze wyróżnienie,
I Konkursie Poetyckim ogłoszonym przez Klub Literacki Grodzkiego Domu Kultury w Gorzowie Wlkp. "O kwiat konwalii" - wyróżnienie,
Ogólnopolskim Konkursie organizowanym przez Radomskie Stowarzyszenie Twórców
Kultury "Nasze wspólne sprawy: wczoraj-dziś-jutro" 2003r. - II nagroda.
|
|
|
|
Przeistoczenie
W popielcową środę
pewnie za dużo
na jego głowę nasypano popiołu
Następnego dnia
jak oznajmiła
rodzina
nieoczekiwanie
sam nie wiedział kiedy
uchwycić tę chwilę
po jej krawędzi wydostać się
z powrotem)
przemienił się w popiół
Wieczne jego w powietrzu
unoszenie
Wspomnienie
Włosy mojego ojca
posypane
świecącymi gwiazdami
wapna
Mówi
ja odjęty z kamienia
piękniejszy od księżyca
jestem
Ojcze
choć nie błękitna
we mnie
twoja
krew
nie złorzeczę bogom
Pamiętam
otwierałeś oczy
wyprzedzając łunę słońca
Z pokornym kręgosłupem
dumnie kroczyłeś
nie domyślając się rajskich krajobrazów
Wstydziłam się twojego
przesiąkniętego potem ubrania
Dziś w spadku
twój mój los
odwieczny
dźwigam
bez szemrania
I zanim mnie dościgną pazury mroku
zanim stanę się jeszcze bardziej
obojętna i ziemi i niebu
Chcę tobie powiedzieć
Miłość nigdy nie umiera
Tylko jest za późno
Gdziekolwiek jesteś
Usłysz mnie
Stan posiadania
(z cyklu: Domy pomocy społecznej)
Posiadam następujące rzeczy:
dwa radia
żelazko
dziesięć krawatów
trzy pary spodni
kwiaty sztuczne - bukiet
obraz komunijny
święty Franciszek z Asyżu
mógłby mi pozazdrościć
Ponadto posiadam jeszcze
przesiąknięte lękiem ciało
własny uparty oddech
przeklęty nadmiar czułości
Doprawdy
niczego więcej
nie potrzebuję
Może tylko jednej rzeczy
***
(Z cyklu: Domy pomocy społecznej)
Co mi zrobiła ta schizofrenia
Pazurami mi dziąsło wydrapała
Wczoraj gdy jadłam bułkę
Włożyła mi szpilkę do bułki
I ja tę szpilkę połknęłam
Jakże ja przeraźliwie cierpię
Bita od urodzenia przez własną
Matkę
Potem przez męża
Po głowie pięściami
Teraz zamknięta
Bez woli bez imienia bez dotyku
A mogłam być
Między jednym a drugim mężczyzną
W koronkach i tiulach
Z brzęczącymi bransoletami
Przy każdym drgnieniu
Miłości
A mogłam
być
Poczekalnia
Nagle
otworzyły się
rozsuwane drzwi
weszły
przydrożne dziady
Gęsiego
Obowiązkowo każdy jeden
z brodą
Zasiadły majestatycznie
na ławkach
zajęły całą Poczekalnię
Milcząco
powyciągały
z plastikowych toreb
rękawice bez palców
czapki z uszami
Zasnęły jeden po drugim
z nastroszonymi piórami
z przymkniętym jednym
okiem
z otwartymi szeroko
dziobami
Modlitwa żebraczki
Który jesteś nawet w kamieniu
Wyciągam do Ciebie
modlitwę mojej ręki
zapomnianego ciała
rozbolałej głowy
Panie
Ostatnich
Poszukujących porzuconego chleba
bez krzyża domu
żebraków
dziadów
pokręconych
samotnych jak drzazga
Zatykasz przed nimi pogardliwie
swój nos
Zapomniałeś co mówiłeś
A oni będą fiołkami na Twojej łące
Wyznania Marii Magdaleny
Sprzedawałam swoje ciało
za zakupy w netto
Ostatecznie
to jest tylko
towar
Aż stałam się kłodą
W noc satyrów wchodziłam
otwarta jak księżyc
Aż kiedyś zrozumiałam
Wszyscy oni
ci wszyscy bezimienni
których długo zeskrobywałam ze skóry
których teraz kocham
prawdziwą miłością
byli podarunkiem Boga
Po to
żeby uratować mi życie
Bynajmniej ja tak sądzę
***
Upadłam.
Na próbę.
Nie podniosłeś mnie.
Umarłam.
Na próbę.
Nie umarłeś razem ze mną.
Rosło we mnie cierpienie.
Nie usłyszałeś.
Mówiłeś: miłość.
***
Tak umiejętnie uciekamy
od siebie
aż w gardle zasycha.
Przed snem twoje ręce
modlą się o moje.
Tak się omijamy
aż ubrania ze złości
się pienią:
Tacy głupi słów ubrać
na język nie umieją.
***
Jeśli nie będziesz jadła
Zrobisz się cieniutka
Jak kreska powietrza.
Ale będę ciebie jeszcze rozpoznawać.
Jeśli nie będziesz kochać
Umrzesz z głodu.
Nie wierzę w aniołów
ani w matki
wszyscy święci
nagle wniebowstąpili
odwróceni do mnie
plecami
Modlę się do zamkniętych
w sobie drzwi
Moje umarłe ciało
oblewane co rano
wodą
karmione trzy razy
dziennie
łyżeczką
istniejące
na przekór powietrzu
i ptakom
gorzka tajemnica
Boga
Modlę się do zamkniętych
w tobie drzwi
Nawet nie wiem kogo kocham
Nie mam własnego klucza
Nie interesuje mnie zawartość
torebki którą codziennie
nie wiadomo po co noszę
Niewolnica zwyczajów
i ludzkich spojrzeń
Po prostu wchodzą i wychodzą
przeze mnie
od czterdziestu lat
Do zupełnie pustego pokoju
Nie poznasz żadnego
z moich wierszy
Dom to jest miejsce
w którym jest mnóstwo
ciepłych dłoni
i słodkich pocałunków
a nie opasłych hien
cmentarnych
i wykrzywionych
paralitycznie twarzy
To miejsce w którym
uśmiecham się nawet
do ostrego księżyca
gdzie patrzą na mnie
jak na święte obrazy
przytulają się do moich
gestów
na kolanach zbierają z podłóg
rozsypane paciorki słów
do rozgrzanych miłością
dłoni
A w nocy
z ostrymi kawałkami szkieł
w oczach
przeraźliwie smutnym ciałem
przytulają się do mnie
On i ona
miłośnicy niebiescy
Ona w podwiązanej zalotnie
sznurkiem spódnicy
sto bluzek i swetrów
w koralach czerwonych
namiętnością
z uróżowanymi jaskrawo policzkami
nonszalancko przyjmuje
obecność kochanka
On z damską torebką w ręku
pełną znalezionych drobiazgów
roztacza dumnie pióra
jego gorący oddech
zawstydza powietrze
Nocą
tkliwie wibruje ziemia
Opatuleni w śpiwór
nadziei
z aniołami bezdomności przytulonymi
do skręconych nóg
patrzą w czarne światło nieba
Przechodzę obok z opuszczoną głową
Dlaczego idę jakby mnie nie było
Obrazki zimowe albo Kolędy gorzowskie
Pod Katedrą gorzowską która opływa mrokiem
Katedrą która i duszą i punktem orientacyjnym miasta
widziałam Świętego Mikołaja
z wyciągniętą ręką
Lulajże Jezuniu
lulajże
lulaj
Kiedy bezdomny wszedł do tramwaju
z biletem wyobraźni w dłoni
tramwaj odwrócił wzrok
i lodowato potoczył się
po skrzyżowanych raptem torach
Chociaż śnieg tak niewymownie
pięknie skrzy
to nie wskrzesi
ani ognia
ani umarłych
Sopelkami palców matki
odgarniają z czoła
rozpacz
Wydaje się im że wędrują
ale chodzą w kółko
z oczami pełnymi
kalendarzowego święta
Mało sprzedałam dzisiaj ryb
mówi zmarznięta na kość kobieta
Jedna wczoraj zaczęła mówić
Przynajmniej nie będę samotna na wigilię
schowam do kredensu cały serwis pustych talerzy
Karmiłabym ciebie rybko
ale nie umiem rozmnażać
chleba
Ale teraz
cicho
sza
Bóg się rodzi
Daleko od Gorzowa
Daleko od całego świata
Urojenia
Począwszy od stanu
wojennego
a granica tak blisko
oczekuję że przyjdą
Śpię przy otwartych
drzwiach
żeby usłyszeć jak się skradają
zdążę wtedy krzyknąć
ratunku
Może ktoś mnie
usłyszy
Gdy zamknę drzwi
zabiją mnie we śnie
zabiją mnie we mnie
A teraz wszystko po kolei
Kupiłam w sklepie za rogiem parówki
dlaczego leki takie drogie
Trzeba przeprowadzić dezynfekcję krzesła
na którym siedział lekarz
Tylko proszę mnie nie dotykać
Trzeba przeprowadzić dezynfekcję
po przyjętej przed chwila hostii
Boże jeśli mnie zaraz nie weźmiesz
to chyba zwariuję
matko
samotna
która stoisz
za weneckim lustrem
i nie rozumiesz zaręczynowego pierścionka
co rano
kruchymi palcami
próbujesz rozdzielić dzień od nocy
nie upadaj
na chodniku
po drodze do
nieba
tam suknia ślubna
jak chmura
zwiewna
i pocałunki aż do wieczności
ludzie teraz jedzą łabędzie
powiedział znany gorzowski poeta
i utopił twarz w mroku
wódka jest wierna
i nieśmiertelna
ale nie jest bogiem
nie umiem określić
sam siebie
wszystko co widzę
już dawno przestało być poezją
to
czym się stało
delirium tremens
Relacja korespondenta z Iraku
Dowiedz się pierwszy
Specjalne wydanie informacyjne
Radku radku
czy mnie słyszysz
Wojna
reality show
Obrazki pierwszej klasy
szał bogatych i znudzonych
Amerykanin uśmiecha się
do mnie
przez szklane oko świata
częstuje mnie konserwą
i czekoladą z plecaka
Ma gest
Mam wrażenie że kiedyś już
to było
Papież ma twarz Chrystusa
Irackie dziecko rozpostarte
na krzyżu ziemi
Powoli rozpoczyna się
koniec świata
Radku radku
czy mnie słyszysz
Ropa płonie
Wojska przemierzają pustynię
napotykają na opór
Czekamy na główne uderzenie
Pierwsze ofiary
można policzyć na palcach
Czy to był wypadek
Czy tylko śmierć od broni
Rakiety spadają jak gwiazdy
Tańczy niebo rozedrgane kulami
kankana
Bezwstydne
Radku radku
czy mnie słyszysz
Radku radku
Kim jesteś
który mnie strzepujesz codziennie
ze swojego nieskazitelnego
ubrania
dla którego jestem tylko natrętną muchą
Wszystkowiedzącym wzrokiem
pogardliwie mnie omijasz
Kim jesteś
że ciebie tak mocno czuję
nie znając Twojego dotyku
Dlaczego tak przy Tobie
wiecznie
trwam
obrośnięta nadzieją
tym niebiańskim bluszczem
O jakże słodko
być w tobie
poezjo
rękami i nogami
mocno wczepiona
w twoje ciało
krążę
miotam się
po bezkresie
Nie - ważki mój lot
Pełna pęczniejących
w gardle słów
które wiele znaczą
ale niepotrzebne nikomu
pędzimy ufne
rozedrgane żywym w nas
powietrzem
W bezlot
Do zamkniętych
ramion pierwszego
łatwo być bogiem
nie walczy
nie umiera
nie potrzebuje jeść
jego istnienie ma sens
zna prognozę pogody na całą
wieczność
jest samotny
ale się tym wcale nie przejmuje
codziennie rano
wkłada korale modlitw na sędziowską togę
mimochodem obiecuje łaskę miłości
chora z beznadziejnej tęsknoty
krzyczę do złotych ołtarzy
odezwij się do mnie
ledwosłyszalnie
nawet
miłość jest po to
 żeby otworzyć kamień
by z rozpaczy
podnieść się w cierpienie
łagodniej
od mroźnych krajobrazów
odejść
|
|
|
Copyright © 2005
|
|